Jednak decyzja o przyspieszonym noclegu w cywilizowanych warunkach była dobrą decyzją. Wieczór miło spędzony z „autochtonami” (to nie obelga broń boże!”) dość pozytywnie wpłynął na kondycję psychofizyczną.
Jednak decyzja o przyspieszonym noclegu w cywilizowanych warunkach była dobrą decyzją. Wieczór miło spędzony z „autochtonami” (to nie obelga broń boże!”) dość pozytywnie wpłynął na kondycję psychofizyczną.
W sumie to takie eskapady to nie są tanie rzeczy :) Jeżeli ktoś od podstaw chciałby przygotować się do “imprezy” czeka go kilka poważnych wydatków.
Słusznie mi “wytknął” w komentarzu do części V Kawaler Wieczorową Porą, że nie poświęciłem w niej odpowiednio dużo miejsca dojazdowi od Bukowiny...
Zapomniałem w pierwszej części napisać o tym, że znaleźliśmy na trasie żółtą przeciwdeszczówkę którą dopchałem do, i tak na full zapakowanej, “płetwy”. Chyba dlatego tak mi się “wiuwała” na boki podczas jazdy...
Wstaję pierwszy już przed piątą. Opuścić TAKI wschód słońca??
Otwierasz oczy i budzisz się w góralskiej chacie z drewnianych bali. Przez otwarte okno beczą owce i pieją koguty. Oj, nie wyjedziemy dzisiaj o siódmej...
Przyjechaliśmy z Rafałem dzień wcześniej. Po wieczornym piwkowaniu przy ognisku budzę się dość szybko bo chyba ok. 4tej.
Szósty dzień i dystans 127km i ponad 2700m w pionie to chyba najcięższy z “etapów” jakie do tej pory przejechaliśmy.
Pobudka znowu o szóstej. Smarujemy napędy po wieczornym myciu i ruszamy (tradycyjnie) przed siódmą z pensjonatu...